środa, 7 października 2015

Jak można żyć i umierać jednocześnie...





O tym, że mój Tata jest chory dowiedzialiśmy się jakieś dwa i pół roku temu, gdy wreszcie poszedł się przebadać, Pamiętam, że świat się wtedy bardzo zmienił, przypominam sobie że zbliżyłam się do Mamy i Siostry.

O raku wiem właściwie nie wiele. Tyle co wygooglowałam. Wiedziałam, że Mama Darka była chora i że pokonała chorobę. Rzadko się o tym mówi i ja się wcale temu nie dziwię.
 Czasem mam wrażenie, że on sam o tym zapomniał, że to od siebie odsunął, że choroba Mamy leży gdzieś na półce z papieramy ze szpitala, przykryta kurzem. 






Z Tatą miałam wyjątkową relację. Większość życia co tu dużo mówić się prze-kłociliśmy. Pamiętam jako mała dziewczynka w każdą niedzielę zabierał mnie do parku na rower. Graliśmy tam w piłkę, wygłupialiśmy się i to są  moje cudowne, dziecięce wspomnienia. 

Tata do swojej choroby zawsze podchodził z dystansem. Pamiętam jak moje dziewczyny nie chciały mu o tym mówić a on i tak sam sprawdził sobie diagnozę napisaną na karcie, po badaniu. No i klops...Tata już wie...

Poczucie humoru, jednak nigdy Taty nie opuszczało. Pamiętam jak będąc w ciąży bardzo się o coś pokłóciliśmy siędząć przy rodzinnym stole. Mama już prosiła - Tadeusz przestań ona jest w ciąży, nie kłóćcie się!!! A Tato na to - A ja mam raka, chcesz się dalej licytować??
No ale ten rak w końcu zniknął, w jakimś koszu na odpady biologiczne. Przyznaję dość szybko. I jak gdyby nigdy nic żyliśmy sobie dalej.
Tata przeszedł rekonwalescencję. Odżył, zaczęli jeździć z Mamą do senatoriów, wszystko wróciło do normy.





Czasem jednak lost chce nas jakoś specyficznie doświadzyć, może ktoś na górze pisze poprostu naszymi losami dobry scenariusz, a może karma wraca ?? Tak jak wróciła Taty choroba...

W tym wszystkim my najbliźsi jesteśmy co tu dużo mówić dość samotni. Bo przecież nikt nas nie przeszkolił, nie byłam na żadnym kursie samoobrony przed rakiem. Staramy sobie radzić, tak samodzielnie, intuicyjnie na chłopski rozum. Czasem to wychodzi, czasem wcale.
Głupio mi, że chce codziennie dzwonić do domu, mimo że wcześniej tak nie robiłam, że chcę z nim rozmawiać, czy nawet się pokłócić, od tak jak za dwnych lat.

Ciężko się nam zachować. Bo przecież nikt nas nie uczył, jak obcować z chorym, który jest Ci tak bliski ?? Jak z nim rozmawiać, postępować, jak mamy z tym żyć??
Czy każdy rakowy nawrotowiec to już bohater serialu The Walking Dead?? 
Dlaczego odrazu skazujemy ich na śmierć?? Albo traktujemy jak żyjących na tykającej bombie??
Ludzie żyją z rakiem, z nawrotami i chcą żyć normalnie.
Sama się na to nabrałam. 

Moja przyjaciółka straciła Tatę niespodziewanie, nie miała nawet okazji się z nim pożegnać. A ja mam, doceniam to i przeklinam zarazem. Bo nie chcę się z nim żegnać. Chcę żeby był, żeby wychowywał z nami Hektorka, żeby odporwadzał go do szkoły jak podrośnie, chodził na jego mecze.
Ja sama nie chcę być sztucznie miła, odwiedzać go często myśląc że mogę już nie mieć okazji na kolejne spotkanie...






Często złościłam się na Mamę, że zamiast przejmować się Tatą to przejmuje się mieszkającymi u nich kotami. Ale czy to źle, żyć normalnie, jej jako najbliższej mu osobie. Czy mam prawo ją oceniać, czy krytykować, skoro to właśnie ona z nas wszystkich zachowuje się najnormalniej...

A ja znowu dokonuje selekcji - ludzi, zupełnie jak po ciąży.
I tu też działa moje prywatne prawo przyciągania - przyciąga tych którzy chcą, którzy są, odpycha tych którzy już od pewnego czasu są dość daleko...

Nikt nie zna przyszłości, nikt też nie ma prawa jej nam zabierać, nawet my sami. Dlaczego każdy kto się o tym dowiaduje mówi mi strasznie mi przykro, to co już koniec??
Czy ta prawda schowana gdzieś głęboko, odłożona w najczarniejszą dziurę, stopniowo się wyłania??


Ludziom się to nie mieści w głowie, bo przecież jak można żyć i umierać jednocześnie....





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz